Nie taki Rzeźnik straszny!

by Dorota

Legendarny bieg w Bieszczadach. W tym roku to już 20 edycja. No i co mam powiedzieć – to była spontaniczna decyzja i dałam się skusić. Jak zawsze było ekstremalnie, deszczowo i błotniście. No i na szczęście! Bo jak Rzeźnik to na bogato.

Z Festiwalem Biegu Rzeźnika znamy się nie od dziś. Biegałam tu kilkakrotnie Rzeźniczka a nawet Maraton Rzeźnika.
I tak powoli Bieszczady uwodziły i rósł apetyt na więcej. Gdy zbliżał się termin zapisów zaczęło się dumanie jaki dystans w tym roku. Po dogłębnych analizach cały czas wychodził Rzeźnik. I mimo, że na ten dystans miałam chrapkę od pewnego czasu to wiadomo, ze wyjątkowość tego biegu polega na bieganiu w parza. Razem trzeba wystartować, razem biec i razem wbiec na metę. Gdy jeden zawodnik zejdzie z trasy drugi również kończy swoją przygodę. Tu najważniejsze jest RAZEM. Wiedziałam, że chcę przebiec ten dystans z wyjątkową partnerką?. Nieśmiało zapytałam ZabieganaKelli czy pomoże mi spełnić moje biegowe marzenie. A Kelli jak to Kelli z radością
i uśmiechem odparła OCZYWIŚCIE!!!

I nim się spostrzegłyśmy to nadszedł czas startu. O przygotowaniach, wsparciu i innych ważnych elementach napisze oddzielny tekst. Dziś, tutaj skupię się na relacji.

Start

I tak w piątek o świcie stawiłyśmy się w Komańczy na starcie 20 Biegu Rzeźnika. Start zaplanowano o 3:00 nad ranem i tak w ciemności a właściwie blasku świateł czołówek ponad 370 par biegaczy ruszyliśmy na trasę.
Początkowo biegnie się asfaltem i tak zwanymi betonkami przez około 8km. Szybko ściągnęłyśmy kurtki zaskoczone wysoką temperaturą przed świtem. Biegło nam się bardzo komfortowo. Powoli zaczęłyśmy mijać biegaczy, cały czas mając w głowie spokój i respekt przed czekającym nas dystansem. A po uwadze – biegnijcie dziewczyny bo takie Wy młode! wiedziałyśmy że to będzie dobry dzień.
Świt nastał szybko i na leśnych ścieżkach zrobiło się coraz jaśniej. Podejście na Chryszczatą (997 m n.p.m.) I tak nie wiadomo kiedy zameldowałyśmy się na pierwszym punkcie kontrolnym na przełęczy Żebrak. Jako że ani wody ani nic to tylko przebiegłyśmy przez maty pomiaru czasu i tuptałyśmy dalej.
Pogoda była azjatycka. Bardzo parno i wilgotno. Właściwie byłyśmy całe mokre bo wszystko oklejała wilgoć. 

Z uśmiechem

Przed nami Wołosań (1071 m n.p.m.) a potem już spokojnie do kolejnego punktu w Cisnej na 32km trasy. Tam wiedziałyśmy, że będą czekać nasi i uzupełnimy zapasy napojów. Z uśmiechem dotarłyśmy na punkt ponad 40 min wcześniej niż się nas spodziewano. W ogóle nie rozumiem zdziwienia. Przecież to był NASZ dzień. Po pomidorówce i innych rarytasach co zajęło nam 11 min ruszyłyśmy dalej. Mimo przepaku nic nie zmieniałyśmy – po co zmieniać jak wszystko gra.

Dobre jedzonko


Po wybiegnięciu z Cisnej troszkę się zgubiłyśmy ale Kelli była czujna i odnalazłyśmy szlak na Jasło. Tak słynne podejście pod Jasło. No ale czy ja wspominałam, że ja lubię podejścia? Tak więc bardzo równym tempem wspinałyśmy się do góry. Powietrze można było kroić taki był zaduch. To było pewne, że zaraz coś walnie. No i zgodnie z przewidywaniami tuż przed Małym Jasłem po ponad 600m up usłyszałyśmy grzmot. Wszystko fajnie ale znalazłyśmy się właściwie na odkrytej przestrzeni i wciąż wspinałyśmy się na Jasło (1153m n.p.m.). Nagle lunęło a mi nawet chyba ulżyło. Powietrze od razu zrobiło się lepsze. Ubrałyśmy kurtki i z uśmiechem tanecznie poświętowałyśmy połowę dystansu.

Połowa dystansu

Z respektem do natury dotarłyśmy na Jasło wiedząc że nie ma czasu na fotki ani takie tam tylko jak najszybciej musimy znaleźć się niżej aby schronić się między drzewami, jakkolwiek to brzmi. Zbiegając w dół dotarłyśmy na Okrąglik (1101m n.p.m.) czego ja w ogóle nie zarejestrowała a przecież zawsze celebruję obecność na Okrągliku zdjęciem ? , potem jeszcze Fereczatą (1102m n.p.m.) i już już zbliżałyśmy się do kolejnego punktu. Potem tak zwany orczyk. No to była jazda bez trzymanki. Pojęcia nie mam jak ja to zbiegłam. Uratował mnie tylko to że nie myślałam a biegłam. Kelli obiecywała kawałek fajnego biegowo odcinka tzw „drogą Mirka” ale w tym roku zmodyfikowano trasę. A zmiana była warta zachodu gdyż punkt odżywczy organizowany przez partnera czyli DFBG (Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich) zlokalizowany był przy hotelu CARPATIA Bieszczadzki Gościniec. To był właściwie jedyny odcinek gdzie zbiegając ze szlaku do punktu mijaliśmy się z biegaczami którzy z punktu już wybiegali. Fajnie było spotkać kilku znajomych a wybiegając z punktu stwierdziłam że nie jest z nami tak źle skoro nadal masa par docierała dopiero do punktu.

Co to był za punkt ?Wybór niesamowity ale nam najbardziej smakowała zwykła jasna bułka z serem i pieczone ziemniaczki. Mimo że towarzystwo wspaniałe naszych wspierających przyjaciół to nie było czasu się rozsiadać tylko uzupełniłyśmy co trzeba i z powrotem na trasę. Ale oczywiście znalazłyśmy czas na fotki – to my uśmiechnięte na 48 km. I tu ruszyłyśmy na odcinek który biegłyśmy treningowo dwa tygodnie przed startem. Znajome szlaki jednak w zupełnie innym stanie. Cały czas padało, podłoże było coraz trudniejsze. Miałam wrażenie, że buty są tak oblepione błotem, że nawet jak wbiegamy w strumień to woda już nie dostaje się do środka – naturalna błotna izolacja ?Kolejny punkt przed nami tylko za 9 km ale na trasie kilka mocnych podejść Paportna (1199m n.p.m.), Rabia Skała (1199m n.p.m.), Okrąglik (1101m n.p.m.). Tu przyłapał nas Rafał i jak widać byłyśmy jeszcze w pełni sił – gotowe nawet podskakiwać.

Podejścia były trudne szczególnie na odkrytych przestrzeniach porośniętych łopianem. Stawiało się stopę a ona zjeżdżała w dół. Mimo to mozolnie wspinałyśmy się pod górę a na zbiegach walczyłam o życie. Bo zbiegi to moja najsłabsza strona a jeszcze w takich warunkach. Zaliczyłam ze dwie wywrotki na szczęście nie spektakularne i baz ofiar. Kelli w pewnym momencie dopytywała jak się czuję – zbliżałyśmy się do 70 km a ja powiem szczerze czułam się jak na 15km. Co punkt żartowałyśmy, że te 88 km to za mało i chcemy 100! Gdy dotarłyśmy na Okrąglik i tym razem zarejestrowałam ten fakt, oczywiście nie odpuściłam fotki.

Wiadomo Okrąglik

Ostrym zbiegiem w dół w asyście Arka, który wyszedł nam na spotkanie dotarłyśmy na 70km i punkt odżywczy na Przełęczy nad Roztokami. Rok temu w tym miejscu supportowałyśmy Piotrka. Tym razem punkt był super zorganizowany. W porównaniu z zeszłorocznymi kabanosami to był dobry pomysł zaprosić do współpracy Lasy Państwowe. Przepyszna pomidorowa, szyneczka z dzika, naleweczki. No jak tego wszystkiego spróbować? Zjadłyśmy trochę popiłyśmy ciepłym i mimo, że deszcz wciąż padał postanowiłyśmy zmienić koszulki. No bo przecież zakupione na bieg nie mogą się zmarnować. I ruszyłyśmy dalej, żegnając się z naszym suportem Zuzią, Kubą, Piotrkiem i Kasią. Miałyśmy nadzieję zobaczyć się na mecie. Przed nami jakiś kilometr asfaltem w dół. Ze zdziwieniem patrzyłam na Kelli żartując, że to jakiś kosmos a ja biegnę na 70km. Gdy z asfaltu skręciłyśmy w las zaczęło się bardzo mocne podejście. Rosocha (1084 m n.p.m) zostanie w mojej pamięci. Tu przyznam się było chyba najtrudniej na całej trasie. I to był ten jedyny raz kiedy na podejściu stanęłam. Złapałam kilka oddechów i dalej w górę. Kelli cały czas uśmiechnięta, wspierająca i zagadująca kolejne kilometry. Właściwie to bardzo dużo rozmawiałyśmy. To był czas aby opowiedzieć sobie mnóstwo historii a dzięki temu kilometry mijały jak szalone. 

Błoto wszelkiej maści

Na szlakach coraz trudniej, cały czas padający deszcze i już właściwie rzeki błota. Pojawił się też mój ulubiony, znany z wcześniejszych startów w Bieszczadach błotny pudding – to moja autorska nazwa na napowietrzone setkami butów błoto. No istny czekoladowy deserek. No dobra ale nie ma co narzekać. Warunki są takie same dla wszystkich trzeba robić swoje. Myślałam, że już nic mnie w tych Bieszczadach nie zaskoczy ale po kolejnym podejściu na Hyrlatą (1103 m n.p.m)zaczął się najgorszy zbieg. Myślałam, że ten najgorszy to do Cisnej ale ten był nawet lepszy. To było zbieganie błotnym wodospadem. Masa wody, która spadła tego dnia, nie spływała po powierzchni tylko wymieszała się z ziemią, być może z pomocą biegaczy i po ścieżce spływała lawinka błota. Gdy spojrzałam na zegarek to nie wierzyłam że uwaga zbiegam wolniej niż podchodzę pod górę. Wiem, że wszystko jest w głowie i wiem że te zbiegi muszę ćwiczyć a tu naprawdę przełamywałam swoje lęki. No istny wodospad.
Do tego zaczęłam mieć stresa związanego z limitem. Bo mimo że z ostatniego punktu pomiarowego wybiegłyśmy pawie godzinę przed czasem to ten odcinek zaledwie 9 km pokonałyśmy w ponad 2 godz. To co warto podkreślić to czułam się dobrze fizycznie, nic mnie nie bolało, nie czułam żadnych otarć ani pęcherzy mimo że biegłyśmy w wodzie i błocie od jakiś 10 godzin a na trasie byłyśmy już ponad 15 godzin. No ale przecież nie było sensu zawracać ?

Wzrusz na maksa

I tak krok za krokiem zbiegłyśmy do ostatniego punktu w Lisznej. I jakież było nasze zdziwienie gdy na asfalcie sprayem wypisane było Dorka Kelli Macie moc!!! a za zakrętem stała cała nasza ekipa z wielkim transparentem Wzrusz na maksa. Łzy w oczach i głos z punktu pomiarowego „4 minuty do limitu!!!” No nawet nie było czasu ich uściskać. Przeleciałyśmy przez punkt nie zatrzymując się ani nie uzupełniając nic i nagle z sercami pełnymi wzruszenia znalazłyśmy się znowu na podejściu. Ale to przecież ostatnie 5 kilometrów. No niby ostatnie ale też nie łatwe. Nie tylko z uwagi na zmęczenie dystansem ale i przewyższenia oraz stromiznę etapu. Według organizatorów bieg miał mieć około 84 kilometrów. Na stronie zapisów nawet jest napisane, że 80. Ale tutaj skorzystałyśmy z doświadczenia Kelli i biegłyśmy według tracka, który odliczał pozostałe kilometry do mety. Na 84 zrobiłyśmy pamiątkowe zdjęcie zegarka i cisnęłyśmy dalej. Potem już dobrze znany zbieg do Cisnej. Za każdym razem nie lubię tego odcinka. Jest stromo, mokro a do mety tak niedaleko.

I meta!!! Taka jaką sobie wymarzyłam. Z uśmiechem i radością za rękę z najlepszą partnerką!!!
Meta cieszyła a jednocześnie było nam smutno, że ta wspólna piękna przygoda już się kończy.

Dodatkowo na mecie czułam niedosyt. Miałam jeszcze wiele sił i chęci na więcej. I zamiast klasycznie stwierdzić, że nienawidzę biegać i nigdzie się już nie zapiszę. To było mi mało 🙂 Oj ta setka – 100 km – na mnie czeka!!!

OGROMNIE dziękuję Kelli za te wspólne 88km. Za otwarte serce i spełnienie mojego biegowego marzenia. Wierzę, że to nieostatni nasz wspólny bieg.
Dziękuję też ZuzanniePiotrowi i Arkowi za cudowne wsparcie. Bez Was ten bieg nie byłby pełny!

Dziękuję też wszystkim zawodnikom za uśmiech, dobre słowo. Fotografom za piękne zdjęcia. Kibicom na trasie i punktach. Wolontariuszom bez których ani rusz!

You may also like

Leave a Comment